Pamiętam ten tydzień lepiej, niż chciałbym pamiętać. Wszystko się posypało naraz – najpierw wypowiedzenie z pracy, które przyszło mailem w poniedziałek rano, potem kłótnia z dziewczyną, która skończyła się trzaskiem drzwi i ciszą tak głośną, że aż dzwoniło w uszach. Siedziałem wtedy w kuchni, patrzyłem na kubek zimnej herbaty i myślałem tylko o tym, żeby gdzieś zniknąć. Nie na zawsze, nie jakoś dramatycznie – po prostu na chwilę przestać być sobą. I wtedy, przewijając bezmyślnie telefon, trafiłem na
casino vavada. Nie planowałem niczego. Klikałem z nudów, z bezsilności, z tego dziwnego stanu, w którym człowiek robi rzeczy, których normalnie by nie zrobił.
Zacząłem od kilku złotych. Serio, dosłownie kilka. Pamiętam, że pomyślałem sobie: no dobra, stracę to i będzie po sprawie, przynajmniej przez chwilę nie będę myślał o tym całym bałaganie. Pierwsze obroty były kompletnie bez sensu, jakieś głupie automaty, które świeciły kolorami jak choinka w grudniu. Przegrałem wszystko w jakieś dziesięć minut. No i dobrze, mówię sobie, przynajmniej szybko. Ale coś zostało. Ten dźwięk, ten błysk, to uczucie, że za chwilę coś się może wydarzyć. Wróciłem następnego dnia. I następnego.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nie była kwestia pieniędzy. Miałem w głowie taki mętlik, że nie umiałem usiedzieć w jednym miejscu. Każda myśl bolała. A tam, przy tym ekranie, myśli jakoś cichły. Nie znikały zupełnie, ale stawały się mniej ważne. Jakby ktoś przyciszył cały świat. Zacząłem grać wieczorami, potem też w ciągu dnia, czasem tylko po to, żeby przetrwać godzinę do momentu, kiedy będę mógł iść spać. Nie mówiłem o tym nikomu. Wstydziłem się tego bardziej, niż czegokolwiek w życiu. Bo jak to brzmi – dorosły facet, który nie umie poradzić sobie z rzeczywistością i ucieka w jakieś gierki? A jednak tak było.
Któregoś wieczoru, chyba w czwartek, wpadłem na coś innego. Nie automaty, tylko stół z ruletką na żywo. Prawdziwy krupier, prawdziwe koło, ludzie na czacie piszący w różnych językach. Usiadłem, przyglądałem się przez dobre pół godziny, zanim postawiłem pierwszy zakład. I wtedy coś się zmieniło. Nie chodziło już o samo klikanie. Chodziło o to oczekiwanie, o ten moment, kiedy kulka jeszcze się kręci, a człowiek nie wie, co będzie. Po raz pierwszy od tygodni poczułem coś innego niż pustkę. Może to był głupi hazard, może to było uciekanie od problemów, ale w tamtej chwili byłem tam cały. Skupiony. Obecny.
Postawiłem na czerwone. Wypadło. Potem znowu. I jeszcze raz. Nie jakieś wielkie pieniądze, ale wystarczająco, żeby poczuć, że coś jednak działa. Zaśmiałem się sam do siebie w tej pustej kuchni, głośno, trochę histerycznie. To był śmiech człowieka, który przez tydzień nie umiał się uśmiechnąć. Do dziś pamiętam to uczucie – nie euforię, nie adrenalinę, tylko coś w rodzaju ulgi. Jakby ktoś zdjął mi z klatki piersiowej wielki kamień. Grałem dalej, ostrożnie, z głową. Nie rzucałem wszystkim, co miałem. Właściwie przez kolejne dni nauczyłem się, że to nie chodzi o wygrywanie. Chodzi o to, żeby mieć coś, co odwraca uwagę, kiedy rzeczywistość jest zbyt głośna.
W sobotę, kiedy zwykłe strony znowu zaczęły mi się wydawać zbyt skomplikowane, wróciłem tam po raz ostatni w tym tygodniu. casino vavada było wtedy dla mnie jak znajomy pokój, do którego można wejść bez pukania. Usiadłem, zagrałem kilka rund, wygrałem trochę więcej niż planowałem, a potem po prostu wyszedłem. Bez żalu, bez przymusu. I to było najdziwniejsze – że potrafiłem wyjść. Zamknąłem laptopa, spojrzałem przez okno na ulicę, która nagle nie wydawała się już taka obca. Zadzwoniłem do kumpla, którego nie odzywałem się od miesiąca. Pogadaliśmy o głupotach. Śmiałem się. Naprawdę się śmiałem.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak jakaś wielka przemiana. Nie poszedłem do terapeuty, nie rzuciłem wszystkiego, nie naprawiłem życia w jeden wieczór. Ale tamtego dnia coś się przesunęło. Może po prostu zrozumiałem, że uciekanie czasem jest potrzebne – byle wiedzieć, dokąd się ucieka i kiedy trzeba wrócić. A tamto miejsce, z tymi wszystkimi światełkami i dźwiękami, było tylko przystankiem. Jednym z wielu. Nie potępiam go, nie chwalę. Po prostu byłem tam, kiedy było mi potrzebne coś, co zagłuszy hałas w głowie. I wyszedłem z tego z czymś, czego się nie spodziewałem – z odrobiną spokoju.
Czasem myślę, że każdy ma jakieś swoje casino vavada. Miejsce, do którego się idzie, kiedy rzeczywistość jest zbyt ciężka. Ważne, żeby pamiętać, że to tylko miejsce. Nie dom. Nie rozwiązanie. Tylko chwila. A potem trzeba wrócić – do ludzi, do siebie, do życia, które czeka. Ja wróciłem. I to jest chyba najważniejsze.