W tym zawodzie rutyna zabija. Dlatego przynajmniej raz na kwartał testuję nowe platformy. Nie chodzi o bonusy – te są zwykle pułapkami dla frajerów. Chodzi o oprogramowanie, o „oddech” automatu, o płynność wypłat i, co najważniejsze, o to, jak system reaguje na określone sekwencje zakładów. Mój znajomy, który śledzi rynek, rzucił mi link z komentarzem: „Sprawdź to, czują się nieźle, ale mają słaby punkt w blackjacku”. W ten sposób trafiłem do
vavadda. To nie była moja pierwszna wizyta w tym miejscu, ale postanowiłem podejść do sprawy metodycznie, jak do nowego projektu.
Przez pierwszy tydzień grałem tylko na minimalnych stawkach. Obserwowałem. Blackjack, ruletka, kilka automatów. Kluczem w vavadda, jak się okazało, nie była żadna magiczna strategia, ale ich system turniejów na żywo. Mało kto zwraca na to uwagę. Większość graczy skupia się na głównym stole, a ja zacząłem analizować zachowanie krupierów podczas tych godzinnych maratonów. Zauważyłem pewną powtarzalność w tasowaniu przy określonym obciążeniu stołu. To nie była oszustwa, broń Boże. To była po prostu ludzka, powtarzalna mechanika, którą można było zacząć modelować.
Wszystko zmieniło się pewnej środy. W vavadda ruszył tygodniowy turniej w blackjacka z nagrodą gwarantowaną, której pula nie zależała od liczby graczy. To było dziwne. Zwykle im więcej osób, tym większa pula. Tu była stała. Oznaczało to, że przy małej frekwencji, średnia wygrana na głowę mogła być absurdalnie wysoka. Spędziłem dwie noce, analizując regulamin. Był jeden kruczek: aby zakwalifikować się do finału, trzeba było zdobyć punkty w pięciu różnych grach stołowych. To był haczyk na rozproszenie kapitału. Ale ja widziałem w tym szansę.
Podzieliłem swój bankroll na pięć części. Małe, precyzyjne stawki w ruletce, baccaracie, pokerze karcianym, dragon tiger i oczywiście w blackjacku. Nie chodziło o wygraną, tylko o minimalne punkty kwalifikacyjne. To była najnudniejsza część roboty w moim życiu. Stawka po 10 zł, liczenie kart tam, gdzie to możliwe, zachowywanie się jak przeciętny Janusz. Przez trzy dni wykonywałem tę żmudną pracę w vavadda, a moi „koledzy” przy stole pewnie myśleli, że jestem nieśmiałym graczem, który boi się postawić większe pieniądze.
Finał turnieju był inną bajką. Dziesięciu graczy, każdy z takim samym stackiem żetonów wirtualnych, godzina czasu. Nagroda – prawdziwe pieniądze, nie żadne free spiny. Tutaj już nie było miejsca na minimalne stawki. Tu trzeba było atakować. Znałem system rozdawania z wcześniejszych obserwacji. Krupierka, młoda dziewczyna o imieniu Lidia, miała bardzo wyraźny, niemal rytualny sposób tasowania po każdych sześciu rozdaniach. Wiedziałem, kiedy talia jest „gorąca”, a kiedy trzeba czekać. Reszta finalistów grała intuicyjnie, agresywnie, próbując dominować. Ja grałem jak komputer. Podwajałem tylko w idealnych sytuacjach. Kiedy przy moich 16 punktach krupierka miała 5, oni poddawali swoje ręce. Ja stałem. I wygrywałem. To było jak szachowy match, gdzie przeciwnicy myślą, że grają w warcaby.
Ostatnie pięć minut było esencją wszystkiego. Miałem nieznaczną przewagę nad drugim graczem, Polakiem mieszkającym w UK. On postawił wszystko na jedno rozdanie. Ja rozbiłem swój stack na trzy mniejsze zakłady przy różnych stołach. Ryzykowałem, ale kontrolowanie. On przegrał od razu. Ja wygrałem dwa z trzech. Syrena oznajmiła koniec turnieju. Na moim koncie w vavadda nagle pojawiła się kwota, która sprawiła, że po raz pierwszy od dawna musiałem się na chwilę odsunąć od komputera. Nie była to wygrana życia, ale była to największa suma, jaką kiedykolwiek wyciągnąłem z jednego turnieju w tak krótkim czasie.
Czy vavadda to moje nowe stałe miejsce pracy? Nie. Żadne kasyno nie powinno nim być. To pole bitwy, które trzeba opuszczać, gdy osiągnęło się cel. Wypłatę przetworzyli w ciągu siedmiu godzin, bez pytań. To miłe. Ale dla mnie najcenniejsza nie była wygrana, a satysfakcja. Satysfakcja z tego, że potraktowałem tę platformę jak labirynt, w którym znalazłem właściwą ścieżkę, podczas gdy inni błądzili po głównych alejach. To nie była gra na szczęście. To było wykonanie planu. A dobry plan, w odpowiednim miejscu i czasie, jest po prostu nie do zatrzymania. Czas na rozejrzenie się za kolejnym projektem.