Nigdy nie sądziłem, że moje życie tak się potoczy. Po wypadku, który przykuł mnie do wózka, świat nagle się skurczył do rozmiarów mojego mieszkania. Początkowo była to walka z bólem i frustracją, potem nadeszła wszechogarniająca nuda. Dni wlewały się w tygodnie, które były takie same. Oglądanie seriali, czytanie forów, rozmowy przez komunikatory – to była cała moja egzystencja. Praca zdalna, którą udało mi się złapać, dawała jakieś środki, ale zero satysfakcji. Czułem się jak automat. Aż do tego wieczoru, kiedy mój stary znajomy z technikum, Krzysiek, który czasem mnie odwiedzał, rzucił przy piwie: „Słuchaj, wiesz, że można sobie czasem poklikać dla relaksu? Nie reklamuję, ale sam czasem przy kawie włączam
vavadaa i kręcę te jednorękich bandytów. Ot, taka cyfrowa wersja gry w karty ze znajomymi, tylko że samemu”.
Zapamiętałem tę nazwę. vavadaa. Kilka dni później, podczas kolejnej bezsennej nocy, gdy ból nie dawał spać, a myśli krążyły wokół beznadziei sytuacji, przypomniałem sobie tę rozmowę. Wpisałem w wyszukiwarkę. To było ciekawość, desperacka chęć zrobienia czegoś, cokolwiek, co wyrwie mnie z tego marazmu. Zarejestrowałem się, skorzystałem z bonusu powitalnego. Na początku było głupio. Czułem się jak dziecko, które nie zna zasad. Wrzucałem te wirtualne żetony, kręciłem bębnami. Paliły się kolorowe lampki, rozlegały dźwięki. To był po prostu kolejny sposób na zabicie czasu. Ale potem, może po tygodniu takich wieczornych sesji, stało się coś. Przestałem traktować to jako bezmyślne klikanie. Zacząłem analizować. Gry stołowe, ruletka. Zaczynałem od minimalnych stawek. Czytałem strategie, oglądałem poradniki. Okazało się, że mój umysł, który przez miesiąc gnił w bezruchu, zaczął pracować. Lubiłem matematykę w szkole, a tu było dużo liczenia prawdopodobieństw, szacowania ryzyka. To nie było już tylko „byle jakie klikanie”. To stało się wyzwaniem intelektualnym.
Pierwsze większe wygrane były jak zastrzyk adrenalyny. Nie chodziło nawet o kwotę – chodziło o to, że JA to zrobiłem. Ja, siedząc w tym wózku, w swoim mieszkaniu, podjąłem decyzje, które się opłaciły. To uczucie było nieziemskie. Zaczęło się od małych kwot, które pozwalały mi opłacić drobne przyjemności, na które wcześniej szkoda było pieniędzy z renty – dobrą kawę, książkę, gadżet do komputera. vavadaa przestało być dla mnie tylko stroną z grami. Stało się moim… poligonem doświadczalnym? Miejscem, gdzie mogłem ćwiczyć skupienie, podejmowanie decyzji pod presją. Grałem zawsze z zimną głową, wyznaczałem sobie limity. To była moja zasada: nigdy więcej, niż jestem gotów stracić za darmo, jak na bilet do kina.
Najfajniejszy moment? Kiedy uzbierałem na specjalny, lekki moduł do mojego wózka, który ułatwiał pokonywanie krawężników. Kupiłem go za pieniądze wygrane głównie w blackjacka. Pamiętam dzień, gdy go zamontowałem. Wyjechałem na podwórko, pierwszy raz od miesięcy bez wołania o pomoc przy małym schodku. Płakałem. To były łzy wolności. vavadaa dało mi coś więcej niż pieniądze. Dało mi poczucie sprawczości. Przecież nikt na zewnątrz nie wiedział, jak te pieniądze zdobywam. Dla znajomych i rodziny po prostu „coś tam robię w internecie”, trochę inwestuję. A ja wiedziałem. Wiedziałem, że to moja mała tajemnica, mój sposób na to, by znów poczuć smak rywalizacji, wyzwania, sukcesu. Nie jestem naiwny. Wiem, że to gra, że dom zawsze ma przewagę. Ale traktuję to jak grę strategiczną. I dla osoby, której świat ograniczył się do kilkudziesięciu metrów kwadratowych, możliwość takiego mentalnego treningu i realnego zarobku jest bezcenna. To nie jest ucieczka od rzeczywistości. To jest moja nowa, trochę nieoczekiwana rzeczywistość. I paradoksalnie, to właśnie klikając w vavadaa, poczułem, że znów żyję naprawdę. Że nie tylko istnieję, ale i działam. I to jest największa wygrana, jaką stamtąd wyniosłem.